Kombinacje z podziałem elektryków na dziesiątki ich rodzajów i zwiększenie ilości zbędnych przepisów. Pytanie po co?
Mamy już w miarę porządne prawo dotyczące aut i motocykli. Tam nikt nie określa mocy, pojemności silników i ich maksymalnej szybkości. Te sprawy załatwiają ograniczenia szybkości. Tylko tyle i aż tyle.
Nie można tego samego zrobić z elektrykami? Ograniczyć przepisami dopuszczalną szybkość na drogach dla rowerów, na chodnikach, czy na ulicach. Bez oglądanie się na to, czy rower ma silnik 250W, czy 4kW, czy ma manetkę, czy jej nie ma, czy ma baterię 24V, czy 100V, itp. Użytkownik ma jeździć po drogach z prędkością określoną przepisami. Można jedynie wymagać odpowiedniego dokumentu do poruszania się takimi pojazdami, tak jak jest to w przypadku aut, czy motocykli. I może jeszcze kwestia wieku kierowcy. I to wszystko.
Ale nie... Polacy są ciągle poróżnieni w przypadku każdego prawa, czy to dotyczy rowerów, aborcji itp.
Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim Polakom dogodził. I tak pewnie pozostanie.
A miało być tak pięknie
Co ciekawe wózki inwalidzkie są pozbawione tych przepisów. Nie ma ograniczenia mocy, napięcia zasilania,
prędkość max zgodnie z przepisami do 25 km/h i mogą jeździć praktycznie, gdzie chcą. Byle miały oświetlenie, kierunki i klakson. I obowiązkowa manetka, bo tam pedałów nie ma. I co? Można?
Jeżdżę swoimi trójkołowcami po mieście, po ulicach, po chodnikach, po DDR i jeszcze nigdy nie zostałem z tego powodu kontrolowany. Trzeba jednak jeździć z głową. A to nie każdy potrafi.